MARATON ROWEROWY PURDA - 17.07.2004

widok od tyłuPurda - spokojna i bardzo sympatyczna miejscowość powitała nas piękną słoneczną pogodą. Zawitaliśmy kilka minut po godzinie 9 więc mamy zagwarantowaną sprawną obsługę, maruderzy około 11 tłoczyli się jeszcze by dopełnić minimum formalności. Od samego początku nie zamierzałem stać jak palant na słoneczej polanie i udawać wielkiego więc ruszam poznać pierwsze kilometry ponoć ciekawie zapowiadającej się trasy, widzę pierwsze techniczne momenty - spokojnie nie będę się niepotrzebnie podniecał. Ustawiam się na wysokości 2 bramy, następuje błogi moment oczekiwania. Coś gadają przez patefony - nic nie rozumiem - wokół spokojni normalni ludzie.
Start - ruszam bardzo luźno - tradycyjnie wymijam "mocnych" wymiataczy - ci mocniejsi mijają mnie. Traska podoba mi się bardzo i jestem zupełnie uśpiony wobec czego kilka razy o mały włos nie oberwałem odnóżem od miotających się gości którzy nie wiedząc czemu stają w poprzek trasy. Spokojna jazda to wszystko na co mnie stać i tak nie zostanę mistrzem świata. Mijam naszego młodego Bartka i zaraz potem Arka oraz seniora Jurka. Mnóstwo ludzi na poboczach łata kapcie. Niesamowicie szybko pojawia się bufet który miał być na 25 kilometrze, moje liczydło wskazuje jedynie 17 km. Łyk i banan jadę dalej - niespodziewanie mija mnie Arek - próbuję mu dotrzymać koła - marzenie. Na uroczym podjeździe za kopalnią w Giławach dochodzę go bo ma defekt - jakiś dowcipniś rozwalił mu wózek. Na 28 kilometrze Piter niejaki "Sopocki Killers" o mały włos swoim głosem nie zwalił mnie z rowerka - po serdecznym pozdrowieniu widziałem go raptem kilkanaście sekund - miał gumę na 2 kilometrze i teraz ostro pracuje. Drugi bufet niezmordowany Arek dogania mnie. Z trasy zapamiętuję też kilku znajomych i zawodnika Legionu z numerem 188.
Po przekroczeniu 40 km zaczyna mnie dręczyć myśl - mega czy giga? Idzie całkiem dobrze lecz coraz bardziej boli mnie kręgosłup, warto ryzykować? Tak sobie rozmyślając ponownie mijam Arka który tego dnia ma wyjątkowego awaryjnego pecha, a po chwili widzę jakieś dziwne balony - Purda? Co jest doktorku? Najpierw zapowiadano pętlę 60 km potem miało być 51, a w rezultacie wyszło blade 45 kilometrów? Na boisku niesiony dopingiem publiki odbijam w lewo czyli podejmuję jedynie słuszną życiową decyzję - GIGA.
Na asfalcie umieszczony kolejny bufet więc tu biorę kąpiel z butelki i jadę znaną trasą. Jest prawie pusto, jakże inaczej się jedzie niż w dzikim tłumie gdzie co drugi biker wydaje się być twoim wrogiem. Podczas jednego z nielicznych tasowań zapoznaję Piotra z Sanoka (345) który słyszał o ESR i o zawodach w Bażantarni. Razem jedziemy dobre 15 kilometrów, dopóki nie dopada mnie mały kryzysik. Na odkrytych fragmentach trasy mam z nim cały czas kontakt wzrokowy, a po jakimś czasie mijam go, ponieważ złapały go skurcze. Tych lekko skurczonych jest niestety nieco więcej.
Tu zaczyna się HIT sezonu, czyli "koszmar z ulicy Wiązowej - mijam jakąś parę na rowerach z numerami - to jest na bank ktoś zdublowany. Z wrażenia w tym miejscu gubię trasę ale szybciutko naprawiam swój błąd. Para w tym czasie wyprzedza mnie więc ponownie ja ich wyprzedzam. Następnie łapię gumę i tu ponownie mija mnie wspomniana para oraz dobrych 10 osób. Wreszcie następuje wielkie leśne błądzenie czego świadkiem jest Paweł Koźmiński i kilku bikerów. Metodą Harpaganową w prawo i w lewo oraz cofki odnajduję drogę gdzie na pierwszej pętli na bank stał człowiek i były taśmy i aż się kurzyło, a teraz pozostał jedynie cichy szmer drzew. Czyżby tradycją BM stał się tajemniczy leśniczy? Mógł być też w tym miejscu gajowy Marucha! Echo poniosło po lesie moc serdecznych pozdrowień.
Na mecie czeka już spora grupka elblążan bo jak się okazuje tylko ja i Jerzy odważyliśmy się przejechać uroczą traskę dwukrotnie. W czasie tego całego ściganctwa mój ukochany syn Łukasz robi sobie kilka krótkich przerw degustacyjnych barowego jadła, podczas których wykazuje się artyzmem i wykonuje sporo pstryknięć, których część tu z wielką przyjemnością Wam prezentuję.

Wynik jak to wynik - według danych organizatora zająłem 173/207 miejsce open z czasem 4:46:39 tracąc do zwycięzcy jedynie 1:47:42. W kategorii M4 byłem 30. Gdybym pojechał krótką trasę to według mnie byłbym 129 open i 13 w M4. Jak uważacie czy mój wybór był słuszny?

Darecki

zapisy zapisy NEKSUS na starcie
na starcie ludzie z BORNA na starcie ruszyłem
jeszcze jadą Kuba Stencel Arkadius Michał Bogdziewicz i wywiad na żywo
Michał Bogdziewicz prawie zmęczony bracia Banachowie gratulacje live kolejny zawodnik zmierza do mety
widoczek widoczek zawodniczka :-) uff jestem na mecie
pamiątkowe foto z Piotrem z Sanoka Jurek podobnie jak ja wybrał GIGA trójmiejskie dziewczymy nękają chłopaka  
      ARCHIWUM