POCHYLNIE KANAŁU ELBLĄSKIEGO
 RAJD TURYSTYCZNY - 9 LIPIEC 2006



Rajd szlakiem pochylni Kanału Elbląskiego w zamysłach GRT planowany był już od dawien dawna. Kanał Elbląski i jego słynne pochylnie potrafią ująć niejednego laika swą prostotą i zarazem bogatym kunsztem sztuki hydrotechnicznej (do tego nie trzeba być wcale Niemcem z szerokokątnym aparatem).
Pierwotna zbiórka na dworcu zaskakuje swą liczebnością elbląskich organizatorów lecz tylko na moment. Skucha,
po prostu przypadkiem na placu dworcowym spotkały się dwie grupy rowerowe, mające podobny cel wycieczki, który miał być osiągnięty w diametralnie inny sposób. GRT przybywa do Elbląga i wysiada z pociągu, a oni wsiadają i jadą do Małdyt - (potem spotykamy się jednak jeszcze na pochylni Buczyniec).
Pociąg z Trójmiasta przyjechał z małym opóźnieniem, co wskazywało, że aby zdążyć na pierwszą pochylnię Całuny zanim przybędzie tam statek trzeba będzie jechać szybko lub nawet bardzo szybko. Ulice Grunwaldzka i Pasłęcka poprzez Węzeł Wschód wyprowadziły nas z Elbląga. Prędkość z jaką poruszaliśmy się w początkowej fazie oscylowała pomiędzy 25-30 km/h. Jazda do Komorowa trwała więc krótko, tu zaś bez żalu zjechaliśmy z głośnej krajowej trasy E7 i pojechaliśmy już spokojnie zajmując całą szerokość gminnej drogi  przez Węzinę i Dłużynę. Wszyscy wbrew wcześniejszym obawom wspaniale trzymali tempo.
Ujrzawszy brzegi Kanału Elbląskiego Wojtek stwierdził, że to po prostu jakaś sadzawka, faktycznie mając rację bowiem do tego Panamskiego jednak trochę Elbląskiemu brakuje. W oddali widzimy statek przy pierwszej pochylni Całuny lecz my
dojeżdżamy do niej od wygodnej strony Jelonek, kiedy to pasażerowie białej floty przechodzili z jednego statku na drugi, gdyż turbina tej pochylni jest akurat zepsuta.
Po chwili podjechaliśmy na pochylnię Jelenie, gdzie został dokładnie i szczegółowo wręcz z pietyzmem obejrzany proces wpływania statku na wózek i wciągania go na wyższy poziom wysokościowy. Część ekipy wnikliwie spenetrowała pomieszczenia maszynowni - wszystko zaś za przysłowiowy jeden uśmiech. Po obejrzeniu tych ciekawych i niespotykanych widoków postanowiliśmy demokratycznie kontynuować drogę nie bezpośrednio wzdłuż wody lecz drogą asfaltową przez Jelonki, Śliwice i Kąty. Dołączył do nas jeszcze jeden biker trójmiejski zwący się "Obcy" - postanowiłem więc ze względów czysto statystycznych policzyć skrzętnie całą bandę i wyszło, ni mniej, ni więcej tylko 21 dusz. Siedmiu wspaniałych elblążan wyglądało bardzo mikro w porównaniu z trójmiejską czternastką wspieraną tym razem trzema kobietami. Chwilę potem miała zaś miejsce mała koedukacyjna kraksa w której poza drobnymi otarciami  poważniejszych strat nie stwierdzono. W Jelonkach grupa zatrzymała się przy sklepie w celu uzupełnienia zapasów napojów energetycznych oraz pokarmu wysokokalorycznego robiąc mu bez mała miesięczny utarg. Niektórych wręcz ciężko było oderwać od kasy fiskalnej.

W dalszej drodze świadomie opuściliśmy
trzecią w kolejności pochylnię Oleśnica. Tak więc następną pochylnią, która miała zaszczyt nas gościć były Kąty gdzie co prawda zabawiliśmy tylko kilka minut by już po chwili rozkoszować się pięknym zjazdem i zaraz za nim przecudnej urody podjazdem prowadzącym do lasu skrywającego pochylnię Buczyniec. Jest to najlepiej zagospodarowana turystycznie i gastronomicznie pochylnia na Kanale Elbląskim. Wszystko jest tam niestety podporządkowane gościom zza naszej zachodniej granicy, zwłaszcza ceny :-) ups. Na Buczyńcu spotkaliśmy wspomnianą grupę rowerową z Elbląga, która rozpoczynała swoją pochylnianą wędrówkę w odwrotnym kierunku. My zaś rozłożyliśmy się pod rosłym drzewem i rozpoczęliśmy LB (w języku potocznym – leżenie bykiem). Trwało to dobrze ponad godzinę i powiązane było z konsumpcją i szeroko rozumianymi rozmowami. Organizatorzy podjęli decyzję o podniesieniu grupy, która w swoistym lenistwie pomału zdawała zsuwać się już na tory pochylni.
Droga powrotna wiodła przez Lepno do wsi Buczyniec, następnie piękna leśna szutrówka doprowadziła nas do Rychlik gdzie nastąpił lodowy popas przy sklepie i podziwianie motoroweru z zajefajną załogą. Piękne słońce drażniło promieniami - powstała więc myśl o jakiejś odświeżającej kąpieli. Po nieplanowanym dotarciu aż do Kwietniewa ze względów czasowych pomysł ten jednak upadł. Całkowicie nieznaną przez organizatorów i dziewiczą drogą udało się nam dotrzeć przez Powodowo i Grądowy Młyn do Nowego Dolna. W Dzierzgonce ktoś przypadkiem wypatrzył przydrożny kawał rury z której tryskała zimna woda - pluskanie przyniosło zbawcze orzeźwienie. Komu w drogę temu czas - odcinek do Elbląga pokonany został przez Krzewsk, Żurawiec i Raczki Elbląskie gdzie zajechaliśmy na najniższe miejsce w Polsce ( -1,8 m p.p.m.) Elbląg i czułe pożegnania znaczyć mogą jedynie to, że za rok spotkamy się na tej trasie raz jeszcze.

relacja spisana przez Dareckiego (GRT) - na kanwie pomysłu Mareckiego (Neksus)
 


 

GŁÓWNA